Kiedy słyszysz słowo „survival”, to przed oczami masz obraz noclegu w lesie, łowienia ryb za pomocą kija i sznurka czy rozpalanie ogniska z użyciem krzemienia. Survival kojarzy się z grupą zapaleńców, którzy nie wyrośli z harcerskich ciuchów albo z żołnierzami jednostek specjalnych. Wydaje ci się, że survival to zajęcie dla osób, które znalazły się w ekstremalnych warunkach, takich jak pustynia czy Arktyka. Nic bardziej błędnego.

Survival dotyczy ciebie: tu i teraz. Z survivalu, czy sztuki przetrwania, korzystasz każdej minuty swojego życia, choć sam często nie zdajesz sobie z tego sprawy. Naczelnym zadaniem świadomości jest utrzymywać nas przy życiu. Od momentu, kiedy się urodziłeś, dzień po dniu byłeś uczony jak poradzić sobie w środowisku, w którym przyszło ci żyć. Codziennie korzystasz z umiejętności, które ci to umożliwiają. Twoja aktywność w przeważającej mierze koncentruje się właśnie na kwestii przeżycia: zapewnić sobie byt, mieć co włożyć do garnka, zbudować dom.

Problem polega na tym, że zostałeś nauczony jak radzić sobie w bardzo wąskim przedziale warunków, czyli w środowisku sprawnie działającej cywilizacji. Tutaj przeżycie sprowadza się praktycznie do jednej rzeczy – do posiadania pieniędzy, które posłużą do realizacji wszystkich niezbędnych potrzeb. Woda? Leci z kranu. Jedzenie? Jest w sklepie. Lekarstwa? Apteka. Choroby? Pójdę do lekarza. Sytuacja zagrożenia życia? Przyjedzie karetka. Wydaje ci się, że jesteś świetnie przygotowany, bo żyjesz w miarę działającym społeczeństwie i masz pieniądze. To wszystko jest prawdą tak długo, jak długo spełniony jest warunek podstawowy – cywilizacja działa.

Ostatnie wydarzenia związane z pandemią koronawirusa pokazują, że wystarczy niewielki bodziec, by stworzyć gigantyczne kolejki do sklepów i wyczerpać zapasy artykułów pierwszej potrzeby. Naprawdę, wystarczyło niedużo, by ludzie wpadli w panikę i zaczęli wykupywać papier toaletowy, mąkę, makaron i drożdże. W takiej sytuacji na nic się zdadzą twoje pieniądze – chyba, że zaczniesz przekupywać ludzi w kolejce do sklepu, by wpuścili cię pierwszego.

Wyobraź sobie, że wirus jest znacznie bardziej niebezpieczny, śmiertelność jest kilkukrotnie wyższa i nie udaje się opanować epidemii. W takim wypadku twoja zdolność do przeżycia drastycznie spada. Tłum wykupuje wszystko ze sklepów, służba zdrowia zostaje sparaliżowana, a ty możesz polegać tylko na sobie. W takim przypadku twoje szanse na przeżycie są zależne od kilku czynników. Wśród nich najważniejszy jest jeden – twoje zapasy.

Świadomość, że zapasy są istotne dla naszego przeżycia, rośnie wraz z odległością zamieszkania od wielkich metropolii. Im bliżej mieszkasz centrum dużego miasta, tym łatwiej jest zatracić tę świadomość. Czynników jest kilka: cena mieszkań w centrum jest wysoka, więc siłą rzeczy mieszkania są mniejsze. Rzadko kiedy można pozwolić sobie na piwnicę, o spiżarce nawet nie wspominając, przez co zdolność do magazynowania produktów jest minimalna. Powszechna dostępność sklepów i olbrzymia konkurencja tylko pogłębia przekonanie, że gromadzenie żywności nie ma sensu. Po co magazynować jedzenie, które przecież ma swój termin przydatności i zajmuje tyle miejsca, skoro można wszystko kupić za rogiem?

Jeżeli mieszkasz na wsi, twoja świadomość jest inna: sklepów jest mało i są słabiej zaopatrzone, na większe zakupy trzeba jechać do pobliskiej miejscowości. Mieszkasz w domu, masz piwnicę, spiżarkę i szopę. Żyjesz z produktów rolnych, produkowanych bądź przez ciebie, bądź rodzinę lub sąsiadów. Chociaż daleko ci do samowystarczalności, jesteś znacznie mniej uzależniony od cywilizacji. Jeżeli system się wywróci – masz większe szanse na przeżycie.

Urodziłem się w czasach PRL, mieszkałem w dużym mieście, na osiedlu z wielkiej płyty. Ale moi rodzice pochodzili ze wsi i przenieśli wiele dobrych nawyków, między innymi magazynowania żywności w piwnicy – ziemniaków, konfitur i marynat. Obecnie takie podejście jest coraz rzadsze, a pokolenie osób wchodzących w dorosłość, śmiało mógłbym nazwać „pokoleniem pustych zamrażarek”. Na palcach jednej ręki mógłbym policzyć znajomych, którzy w zamrażalce mają coś więcej, niż butelkę wódki. Kto z nas ma jeszcze worek ziemniaków w piwnicy? Kto jeszcze robi dżemy na zimę? Przecież to wszystko można kupić.

Współczesny człowiek, rozpieszczony przez zdobycze cywilizacji, jest coraz słabiej przygotowany do przeżycia w naturalnym środowisku. W twojej głowie może zrodzić się pytanie: dlaczego miałbym się tym zajmować? Przecież do życia w obecnym świecie potrzebne są zupełnie inne umiejętności, niż były tysiące lat temu. Odpowiedź jest prosta: obecny świat działa dobrze tak długo, jak długo ma dostęp do energii elektrycznej. Ludzkość jest niemal całkowicie uzależniona od prądu w gniazdku. W przypadku scenariusza, gdzie system energetyczny państwa ulega załamaniu (czyli blackout – tutaj przeczytasz więcej), rodzi się chaos, a cywilizacja z dnia na dzień cofa się o sto lat do tyłu. Pierwszą ofiarą jest twoja lodówka i twój zapas żywności. Kolejną – system łączności w postaci telefonów komórkowych, których baterie rzadko kiedy wytrzymają dłużej niż 48 godzin. Jeżeli kryzys się pogłębia, zaczyna brakować wody. Aby uzmysłowić ci, jak wielkie jest nasze uzależnienie od cywilizacji, posłużę się właśnie tym przykładem.

Woda jest jedną z podstawowych substancji niezbędnych nam do życia. Człowiek, według różnych źródeł, jest w stanie przeżyć bez niej od dwóch do pięciu dni. Zgodnie z Zasadą Trzech: trzy minuty bez powietrza, trzy dni bez wody, trzy tygodnie bez jedzenia, najlepiej jest przyjąć właśnie taką wartość – 72 godziny. To założenie umyka większości z nas: jeżeli nie dostarczę wody w ciągu trzech dni, to umrę. Logiczne byłoby zrobienie zapasu przynajmniej kilku butelek, co nie jest zbyt kłopotliwe: woda jest łatwa w przechowywaniu i ma długi okres przydatności do spożycia. Koszt: praktycznie żaden. Trudności zerowe. No więc kto ma zapas wody pitnej? Prawie nikt.

Dlaczego tak się dzieje? Człowiek jest przystosowany do tego, że woda leci z kranu. Przecież zawsze leciała, nawet za komuny przerwy w dostawie wody były rzadkie. Jeżeli nie leci, to mogę pójść do sklepu i kupić zgrzewkę wody mineralnej. Jeżeli ta substancja jest tak łatwo dostępna, to po co robić jej zapasy? Odpowiedź jest prosta: na wypadek kryzysu energetycznego. Jeżeli kryzys ten będzie na tyle poważny, że przestaną działać wodociągi, zostaniesz odcięty od wody. Na ulicach wybuchną zamieszki, bo wszyscy będą w takiej samej sytuacji. Zaczną się szturmy na sklepy, woda stanie się towarem pierwszej potrzeby, znacznie cenniejszym od pożywienia. Ty, podobnie jak tysiące mieszkańców miast, nie masz ani zapasów wody, ani systemów jej filtracji. Nie wiesz też, jak ją pozyskać z natury. Twoje szanse na przeżycie drastycznie maleją.

Mógłbyś z tego wyjść obronną ręką, gdybyś zainwestował kilkadziesiąt złoty w magazyn wody. Butelka pięciolitrowa kosztuje około 2 zł. Sto litrów to koszt 40 zł. Tyle kosztuje zwiększenie szans na przeżycie o kilka tygodni – 40 polskich złotych. Nawet gdyby miało się okazać, że nigdy nie zabraknie ci wody i do końca życia będzie się lała z kranów, to czy nie warto zainwestować 40 złotych, by uratować siebie i najbliższych, w przypadku katastrofy?

To właśnie jest survival – sztuka przetrwania, zwiększenie swoich szans na przeżycie w każdych warunkach. To niekoniecznie musi być dżungla czy pustynia – wystarczy twoje miasto w czasach kryzysu, awaria samochodu na odludziu w środku zimy, skręcenie kostki na wycieczce w górach. Takie rzeczy się przydarzają. Ludzie umierają w takich wypadkach, bo nie są na to przygotowani.

W pewnym stopniu stosujesz zasady survivalu – oszczędzasz pieniądze, odkładasz składki emerytalne; kalkulujesz, czy wystarczy ci paliwa, by dojechać do celu; zmieniasz opony z letnich na zimowe. Twoja świadomość szuka zagrożeń i stara się znaleźć sposoby, by im zapobiec. Problem nie polega w twoim braku woli czy chęci. Problem polega w nieuświadomionym założeniu, że świat, jaki znasz, będzie trwał wiecznie. Ostatnie wydarzenia pokazują, jak naiwne jest to założenie, a katastrofa może przyjść z każdej, nawet najbardziej nieoczekiwanej strony.

Nie sądzę, by moi dziadkowie spodziewali się, że za ich życia wybuchnie największy konflikt zbrojny w dziejach ludzkości. Nie sądzę, by moi rodzice podejrzewali, że zastanie ich stan wojenny. Nasze pokolenie nigdy by nie uwierzyło, że nastąpi pandemia koronawirusa, która sparaliżuje państwo. Za każdym razem, gdy kataklizm puka do drzwi, ludzkość okazuje się być nieprzygotowana. Uważam, że tym razem powinniśmy odrobić zadanie domowe, zejść do piwnicy i zacząć gromadzić zapasy.

Survival to stan umysłu. To świadomość zagrożeń i umiejętność radzenia sobie z nimi. To bycie przygotowanym. Jeżeli miałbym ująć filozofię survivalu w jednym zdaniu, to brzmiałoby ono: „Oczekuj najlepszego, ale przygotuj się na najgorsze”.

Jak gromadzić zapasy? Co zawsze powinieneś mieć przy sobie? Co powinno być w bagażniku twojego samochodu? Jakie umiejętności pierwszej pomocy powinieneś posiadać? Co robić w przypadku skażeń promieniotwórczych? Jak chronić się przed zagrożeniami biologicznymi? Co to jest bug-out bag i co powinno się tam znaleźć? Co to jest scenariusz SHTF i jak się do niego przygotować? Co to jest miejski survival?

Nie znasz odpowiedzi na te pytania? Nie martw się, poprowadzimy cię za rękę.